Content

Fanizm i jego recenzje

21.01.2012 :: 11:11 Komentuj (0)


"Zrobienie satysfakcjonującego doujinu do mangi takiej jak Kuroshitsuji wbrew pozorom może okazać się całkiem dużym wyzwaniem. Po pierwsze – fabuła, po drugie – kreska. Fabuła w oryginale ostatnimi czasy stoczyła się trochę (zombiaki na „Titanicu”, hura!), ale kreska Yany Toboso jest bardzo dopracowana i nawet biorąc poprawkę na indywidualne style rysowników, zwyczajnie poniżej pewnego poziomu nie wypada schodzić. Tymczasem na naszym rodzimym rynku ukazał się ostatnimi czasy pierwszy oficjalny polski doujin do Kuroshitsuji, zatytułowany Karo$hitsuji. Le Chat Noir, autorstwa Anny Marii Sutkowskiej, znanej szerzej jako Vanitachi. Nie mam pojęcia, czy autorka stawiała sobie jakąkolwiek poprzeczkę, czy zwyczajnie chciała dać ujście natchnieniu oraz dobrze się bawić – moim zdaniem raczej to drugie. Tym niemniej zdobędę się na czyn bezczelny i omówię Karo$hitsuji także pod względem tej poprzeczki. Z dwóch powodów.



Pierwszym powodem jest to, że tak wypada i taki mam zwyczaj. Lubię, żeby recenzja była pełna, w miarę moich skromnych możliwości. Drugi powód jest taki, że czytając Karo$hitsuji, najzwyczajniej nie „załapałam fazy” – mówiąc wprost, nie miałam zielonego pojęcia, co się tam dzieje. Najpewniej dlatego, że nie siedzę w polskim fandomie Kuroshitsuji, chociaż z mangą i fandomem ogólnym jestem raczej na bieżąco. Dlatego też z niejakim trudem przychodzi mi opisywanie i ocenianie żartów i nawiązań, których w osiemdziesięciu procentach nie rozumiem, bo nie jestem w temacie. Fabuła doujinu, o ile taka gdzieś tam jest, prezentuje się dla mnie dość chaotycznie, nawet biorąc pod uwagę, że przedstawione wydarzenia są epizodyczne już z samej definicji. Zaczyna się od powszechnego i naprawdę poważnego problemu – Bogom Śmierci skończyła się kasa (osobiście motyw ten darzę dużym sentymentem szczególnie, że William jako postać jest niezwykle podobny do Tatsumiego z Yami no Matsuei), tak więc William, Undertaker i Grell (głównie Grell, niestety) chcą coś z tym zrobić. Następnie przechodzimy do drugiej historii, której początkowym wątkiem głównym jest pomysł Grella na zdobycie serca Sebastiana (genialny w swej prostocie), ale potem robi się z tego chaos (z każdą stroną coraz bardziej chaotycznie chaotyczny), dzielnie wspomagany przez radosną twórczość autorki.



Radosna twórczość zdominowała też najwyraźniej stronę techniczną komiksu. Jak by to ująć w delikatny sposób? Już wiem. Jakie. To. Jest. Krzywe. Udane kadry można policzyć na palcach jednej ręki. Twarze postaci zwyczajnie straszą, w zależności od strony i kadru są albo spłaszczone i wydłużone, albo zbyt szerokie, albo kanciaste jak jasny szlag. Konsekwencję da się dostrzec tylko w jednym aspekcie – krzywości. Zdaję sobie sprawę, że Vanitachi rysuje od dłuższego czasu, na dodatek dużo i często, a jednak poziom poprawy jej kreski można chyba porównać do Mayu Shinjo, u której po tylu latach tworzenia oznaki poprawy są ledwo widoczne.



Przeglądając karty Karo$hitsuji odniosłam też wrażenie, że autorka nie do końca opanowała operowanie rastrami. Cóż, raster dobra rzecz, białe kartki z paroma czarnymi kreskami zazwyczaj nie wyglądają dobrze, ale nie należy przesadzać w drugą stronę. Tymczasem w doujinie jest ich zwyczajnie dużo, zostały wciśnięte wszędzie, gdzie tylko się dało. Zwiększa to wrażenie chaotyczności, a dodatkowo wywołuje uczucie przytłoczenia. Na uwagę stanowczo zasługują natomiast wewnętrzne strony okładki, inspirowane pracami Alfonsa Muchy, utrzymane w żółto-białej kolorystyce z dodatkiem czerni.



Tym niemniej, na tle ogółu doujinów Karo$hitsuji, chociaż prezentuje się nieciekawie, nie szoruje jednak tyłkiem po dnie. Może jestem zbyt wymagająca, ale dotąd nie udało mi się napotkać fanowskiego komiksu Kuroshitsuji z satysfakcjonującą mnie kreską, zwyczajnie za bardzo podobają mi się rysunki Yany Toboso. W tym aspekcie praca Vanitachi stanowczo ma pewne braki; natomiast tym, czym zdecydowanie góruje nad większością doujinów do Kuroshitsuji, jest podejście do fabuły. W przeciwieństwie do masy opowieści pełnych tak zwanego „angstu”, shotaconu, mniej lub bardziej durnych, ale wciąż traktowanych niezwykle poważnie (co wywołuje dość groteskowy efekt) wątków yaoi/shounen-ai, opierających się na czystym PWP (akronim od „Plot? What Plot?” dający się przetłumaczyć jako „Fabuła? Jaka fabuła?”, ewentualnie „Mniejsza o fabułę, niech oni już idą do łóżka, hop siup!”), Anna Maria Sutkowska postawiła na aluzję i zabawę z czytelnikiem. Widać to wyraźnie już po rzuceniu okiem na okładkę – tytuł „Karo$hitsuji” pochodzi od słowa „karoushi”, oznaczającego śmierć z przepracowania. Dodatkową podpowiedzią może też być podawana przez Sebastiana na tacy puszka Campbella, znana z pracy Andy’ego Warhola, jako że pop-art żywił się tym, co związane z mediami i popularne, nie traktując przy tym sztuki poważnie, a raczej bawiąc się nią.



Samo wydanie prezentuje się efektownie. Miękka, błyszcząca okładka przyciąga wzrok i jest przyjemna w dotyku. Jakość druku wewnątrz także jest bez zarzutu. Jedyna uwaga, jaka nasuwa mi się na myśl, dotyczy doboru czcionki, którą napisane są dialogi – Comic Sans to najpaskudniejsza ogólnodostępna czcionka, jaka istnieje i każda, dosłownie każda inna byłaby lepsza. Ale to moje zdanie, nie każdy musi się z tym zgadzać. Trochę żal jednak, że produkt, którego „opakowaniu” poświęcono tyle czasu i wysiłku, „zawartościowo” jest dość marny. Ale wszystko do naprawienia w przyszłości: polski rynek doujinów jest na razie mały i biedny, a zapał i upór, jaki prezentuje między innymi właśnie Vanitachi, może mu tylko wyjść na dobre.



Czytając Karo$hitsuji cały czas głowiłam się, do kogo właściwie skierowana jest ta manga. Wniosek końcowy, być może niezbyt przyjemny, był taki, że chyba do ludzi znających autorkę, jako że, jak już wspominałam, ja „przekazu” zawartego w komiksie nie zrozumiałam, chociaż z twórczością Yany Toboso jestem dość obeznana. Co do fanów Kuroshitsuji nie jestem już taka pewna, a cała reszta raczej powinna sobie darować. "


Pobrane z serwisu Tanuki.


Czasem recenzenci przesadzaja. I nie da się ukryć- grubo przesadzają i nie potrafią oddzielić prywatnych zwad od swojej opinii. Niektórzy NIE POWINNI pisać jeśli nie potrafią tego zrobić porządnie.

Trochę Haunteda na śniadanie...

21.01.2012 :: 11:28 Komentuj (0)


Dalej pracuję nad moim komiksem. I to mnie wykańcza.


Ale od początku. Haunted- bo taki nosi tytuł mój własny komiks, zostanie wydany w tym roku (o ile w ogóle dam rade go skończyć i nic nie pójdzie po prostu źle). Mój deadline to 31 stycznia, a brakuje mi jeszcze 60 stron! A wszystko przez to, że propozycja wydania Haunteda zbiegła się w czasie z wieloma zmianami w moim życiu ( odnalezienie się w nowej rzeczywistosci, wykrycie choroby, ponowna nauka mowy ,poruszania się,  decyzja o kopnieciu w dupę UW- w końcu sie dowiadujecie gdzie studiowałemXD i przeniesienie sie na inną uczelnię, dwuktorna zmiana stanowiska w pracy, w każdym przypadku o oczko wyzej co daje nowe i trudniejsze zadania i pogodzenie się z tym co stało się z Matim), które i bez nich było burzliwe. Obecnie ciągnę pracę, SESJĘ ( ona zabiera mi najwięcej czasu, który mógłbym poświęcić na rysowanie) i ogarniam samego siebie.


O czym jest Haunted? Sam nie wiem jak to określić. Myślę, że o przyjaźni, charyzmie, miłości, stracie, psycholu i zjawiskach paranormalnych. Po krótce: Główni bohaterowie tej historii to 22- letni przyjaciele, znający sie  od kołyski, Alex Rain i Evan Carter. Alex zostaje zamordowany i po jakimś czasie pojawia się przed Evanem( który cierpiał na depresję XP)  jako dusza. Okazuje się, że tylko Evan widzi Alexa i próbują razem „odprowadzić” Alexa na „drugą stronę” . Dopiero wtedy Evan tak naprawdę poznaje Alexa oraz jego uczucia i sekrety.


Nie brzmi zachęcająco prawda? Dlatego właśnie jestem wręcz przerażony gdy pomyślę o „recenzentach” trollujących i tych surowych. Nie chciałbym być zjechany tak jak Vanitachi (patrz notka wcześniej).


Na szczęście udało mi się już narysować jedną z najtrudniejszych scen w całej serii ( i chyba jedną z najbardziej dramatycznych i krwawych). Tak moi drodzy- Haunted wbrew pozorom jest dosyć krwawy i brutalny. Oczywiście przechodząc przez mojego edytora został trochę scenzurowany. Zarówno językowo jak i scenowo. Dlaczego? Bo chcemy uderzyć w czytelników od 16 roku życia, a nie od 18.


Wydaję mi się, że Haunted nie przyjmie się za dobrze w Polsce z prostego powodu: narutardzi i bleachtardzi.

Od idola do autorytetu

21.01.2012 :: 17:59 Komentuj (0)

Z biegiem czasu, zmienia się tok myślenia i postrzegania świata, w którym żyjemy oraz postrzegania siebie przez pryzmat innych. Obecnie następuje rozdźwięk pomiędzy doborem autorytetów przez stare i młode pokolenie.


 


Dawniej autorytetami były osoby wykazujące wysoką kulturę i moralnośc społeczną, budzące w nas podziw i zaufanie. W dzieciństwie byli to rodzice, nauczyciele, później wielcy ludzie tacy, jak Jan Paweł II, czy Władysław Bartoszewski. Dziś powoli da się zaobserwować zmiany. Młode pokolenie bardzo często obiera sobie za autorytety znane figury show biznesu, ludzi medialnych, zwanych celebrytami. Można by przypuszczać, że pojęcie „autorytet” jest mylone z pojęciem „idol”. Dlaczego tak się dzieje? William Agler powiedział: „Tłum ludzki zawsze kieruje się emocjami, nigdy rozsądkiem”. Stwierdzeniem tym można opisać stosunek młodego pokolenia do autorytetu. Młodzież wybiera to, co jej imponuje. Zazwyczaj jest to życie takich gwiazd, jak na przykład Dorota Rabczewska. Piękna, bogata, osiągająca sukces, ciągle się o niej mówi. Nie jedna nastolatka chciałaby mieć rzesze wiernych fanów i setki mężczyzn patrzących na nie z pożądaniem. Zaczynają się do niej upodabniać na wszelki możliwy sposób, począwszy od stylu do sposobu wyrażania się. Młode pokolenie marzy o życiu swoich idoli. Często, zapatrzeni w nich, zapominają o swoim własnym „ja”, tworząc coś sztucznego. Nie zawsze takie „autorytety” są właściwe dla młodych ludzi. Pijackie wybryki, rozwiązłość seksualna, wystawianie swojego życia prywatnego i członków rodziny na żer tabloidów, to tylko niektóre z wad gwiazd. Gdyby tak młodzież zbyt mocno uwierzyła, że taki styl życia jest odpowiedni dla niej samej, do czego by to doprowadziło? Powstałaby armia takich samych, przerysowanych wręcz ludzi. Udawaliby kogoś, kim nie są, narażając się na śmieszność. W teorii socjologicznej istnieje teza, która mówi o tym, że zbytnie zapatrzenie w autorytet powoduje skostnienie i zwyrodnienie poglądów. Jednak ta sama teoria stawia tezę, że brak autorytetów grozi rozpadem społeczności, w której to zjawisko zachodzi i powstaniem anarchii. Zapewne dlatego właśnie poszukiwanie autorytetów stało się narodową obsesją. Starsze pokolenia twierdzą, że nie ma już prawdziwych autorytetów. Nie do końca jednak można się z tym zgodzić. Autorytety możemy znaleźć w każdej dziedzinie życia, nie musi być to też tylko jedna osoba. Może ich być wiele, na różnych płaszczyznach, na przykład: dziennikarstwo- Jacek Żakowski, Kamil Durczok, aktorstwo- Krystyna Janda, muzyka- Ewelina Flinta. Nie musi się to jednak przekładać na życie osobiste, bo osoby godne naśladowania w tej materii możemy znaleźć w codzienności i najbliższym otoczeniu. Nie zmienia to faktu, iż obecnie im więcej osoba posiada dóbr materialnych, tym wydaje się atrakcyjniejsza. Takie myślenie odzwierciedla się w doborze autorytetu w idolach przez młodych ludzi. Szczęśliwie młodzież w obecnych czasach potrafi z wiekiem wyłapać pewne negatywne cechy w swoich autorytetach i nie zawsze zgadza się z ich poglądami, co prowadzi do ponownego szukania następnej osoby godniejszej naśladowania. Najprawdopodobniej ma to związek z dotychczasową wiedzą i światopoglądem ukształtowanym w okresie dziecięcym oraz mijaniem okresu buntu przeciw najbliższym autorytetom, które w jego czasie uważane są za nudne, nieciekawe (rodzice i nauczyciele). Można przypuszczać, że ten proces będzie się powtarzał z każdym nowym pokoleniem. Należy pamiętać też o tym, że w społeczeństwie demokratycznym dwudziestego pierwszego wieku nie ma miejsca na autorytety, których zdanie zagłusza całkowicie krytykę i zdrowy rozsądek. „Trzeba od każdego wymagać tego, co on może wykonać - podjął Król. - Autorytet polega przede wszystkim na rozsądku.” Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę.